Kategorie | Teksty Ojców

Strona sponsorowana: „O szczęśliwym życiu” św. Augustyna

morze

Tłumaczenie dziełka św. Augustyna „O szczęśliwym życiu” dokonuje się dzięki wsparciu czytelników portalu Patres.pl. Wielkie dzięki! Autorem przekładu jest dr Marcin Cyrulski.


O szczęśliwym życiu

Co jest właściwe dla cnoty

Czy burza może zaprowadzić do krainy szczęśliwości?

1.1. Teodorze, mężu bardzo łaskawy i zacny, gdyby do portu filozofii, z którego już bezpośrednio zmierza się do ziemi i krainy szczęśliwego życia, wiodła droga rozumu i własna wola, to powiedziałbym – nie wiem, czy nie pochopnie – że dotrze tam tylko znikoma liczba ludzi. Chociaż i teraz, jak widzimy, dociera doń nadzwyczaj niewielu i tylko nieliczni. Skoro już na ten świat, jakby na jakąś wzburzoną toń, zdawałoby się, że na oślep i tam, gdzie popadnie, rzucił nas czy to Bóg, czy konieczność, czy nasza wola, czy jakieś połączenie lub zbieg tych wszystkich okoliczności (sprawa to mianowicie niejasna, ty jednak podjąłeś się jej wyjaśnienia), to iluż pojmuje dokąd ma dążyć albo gdzie powrócić? Nawet jeśliby pewnego dnia jakaś burza, która głupcom wyda się niepomyślna a upartym przeciwna, zawiodła nieświadomych tego i błądzących do upragnionej ziemi.

Porównanie tych, których filozofia może pociągnąć za sobą do trzech typów żeglarzy.

1.2. Wśród ludzi, których może pociągnąć za sobą filozofia odnoszę wrażenie, że dostrzegam jakby trzy typy żeglarzy. Do pierwszego zaliczają się ci, którzy gdy tylko osiągną wiek, w którym potrafią zapanować nad rozumem, bez gwałtowności i jak za uderzeniem wioseł uciekają przed tym, co tuż obok nich i kryją się w zaciszu filozofii. Stąd wywierają wpływ na pozostałych obywateli, którym dają najjaśniejszy znak swej działalności, aby ci pouczeni podejmowali trud dla siebie samych. Do drugiego zaliczają się skrajnie przeciwni. Ci zwiedzeni bałamutnym wdziękiem morza postanawiają wyruszyć na sam jego środek i mają odwagę odbyć podróż z dala od swej ojczyzny, o której istnieniu często zapominają. Jeśli towarzyszyłby im, nie wiem jak to się dzieje, bo to zbyt skryte, wiatr od rufy, który oni uznają za pomyślny, z wyniosłością i zadowoleniem docierają do samej głębi nieszczęść, bo wciąż wabi ich zwodniczy blask rozkoszy i zaszczytów. Bez wątpienia trzeba im życzyć nie czego innego, jak jakiegoś niepowodzenia w tych sprawach, w których tak radośni bezpiecznie żeglują, a jeśli to nie wystarczy, jakiejś wściekłej burzy i przeciwnego wiatru, który przeprowadzi ich do pewnej i trwałej szczęśliwości, choćby płakali i rozpaczali. Bardzo wielu jednak z tej grupy nie oddaliło się jeszcze zbyt daleko; tych sprowadzają na powrót nie takie znów ciężkie przeszkody. Są to ludzie, których nie tylko pełne łez przeciwności losu, ale i rodzące niepokój trudności próżnych działań skłaniają do tego, by pochylić się nad księgami uczonych i wielkich mędrców, jakoby dlatego, że nie mają już nic innego, co by mogło ich prowadzić. W tymże porcie, z którego już nie wyciągną ich z fałszywym uśmiechem żadne obietnice tego morza, w jakiś sposób budzą się. Jest jednak między nimi i trzeci typ. Ci albo są na samym progu młodości albo już od dłuższego czasu miotają się, niemniej spostrzegają jakieś znaki i przypominają sobie o własnej najsłodszej ojczyźnie, mimo że wciąż znajdują się na morzu. I zmierzają do niej prostą drogą niczym nie zmyleni i bez żadnej zwłoki. Ale bardzo wielu z nich zbacza z kursu przy pochmurnej pogodzie albo kierując się zachodzącymi gwiazdami, dają się schwytać na jakąś przynętę, umyka im odpowiedni czas na żeglugę i błądzą dość długo, a często jeszcze narażeni są na ryzyko. Tych podobnie często do upragnionego życia i spokoju zapędza jakieś niepowodzenie podczas żeglugi jakby przeciwna ich zamiarom burza.

Porównanie mądrości starożytnych do bardzo wielkiej góry

1.3. Niemniej na drodze tych, którzy w różny sposób docierają do krainy szczęśliwego życia, przed samym portem stoi jedna bardzo wielka góra (na domiar złego za jej przyczyną piętrzą się przed wpływającymi wielkie trudności). Trzeba się mieć przed nią na baczności i unikać jej z wielką rozwagą. Tak bowiem błyszczy, tak jest zdobna w oszukańczy blask, że nie tylko dla tych, którzy do niej docierają, dla tych, którzy jeszcze nie wpłynęli, jawi się jako godna zamieszkania, i obiecuje, że zaspokoi ich pragnienie znalezienia szczęśliwej ziemi, ale przyciąga do siebie również bardzo wielu ludzi z samego portu. Zatrzymuje ich swoim ogromem, bo z zadowoleniem mogą oni spoglądać z jej wysokości na innych. Ci jednak często napominają płynących, by nie zwiodły ich podmorskie skały albo by nie sądzili, że łatwo się do nich dostać. Z wielką chęcią, z uwagi na bliskość tej ziemi, pouczają, którędy bezpiecznie mogą wpłynąć. W ten sposób ponieważ wzbudzają zazdrość tej zupełnie próżnej chwały, wskazują miejsce wolne od trosk. Czyż bowiem rozum chce, by ci, którzy zbliżają się albo już wkroczyli na drogę filozofii postrzegali ową górę jako godną strachu? Czyż nie jest ona wyniosłym pragnieniem bardzo złudnej sławy, które nie ma w sobie żadnej pełni i trwałości do tego stopnia, że napuszeni, którzy przechadzają się po niej zapadają się na jej kruchej powłoce i są pod nią wciągani? Wpadają wtedy w ciemność, tracą wspaniały dom, który już prawie ujrzeli.

Doświadczenia Augustyna

1.4. Zrozum, mój Teodorze, że tak te sprawy się mają, a w tej, której pragnę, na ciebie jednego zważam, ciebie od zawsze otwarcie podziwiam. Powiadam ci, zrozum, który z tych trzech rodzajów ludzi mnie tobie powierzył, w którym miejscu jestem przekonany, że się obecnie znajduję i jakiego rodzaju pomocy od ciebie oczekuję pewny, że ją otrzymam. Odkąd w dziewiętnastym roku życia, wziąłem do ręki w szkole retora książkę Cycerona zatytułowaną „Hortensjusz”, rozpaliła się we mnie tak wielka miłość do filozofii, że wnet nieustannie zacząłem myśleć, by się nią zająć. Nie brakowało mi mgieł, które przesłaniały mi drogę i – muszę to przyznać – długo patrzyłem na spadające do oceanu gwiazdy, które mnie zwodziły. Jakiś chłopięcy przesąd odstraszał mnie bowiem od samego poszukiwania. A kiedy stałem się pewniejszy, rozproszyłem ten mrok i przekonałem się, że trzeba raczej wierzyć tym, którzy uczą niż nakazują. Natknąłem się na ludzi, którym zdawało się, że to światło, które widzą oczy, należy czcić jak jakieś najwyższe bóstwo. Nie godziłem się na to, lecz wciąż sądziłem, że za tymi zasłonami kryją oni coś wielkiego, co kiedyś zamierzają odsłonić. Gdy wydostałem się z ich gwałtownej szarpaniny, szczególnie po przeprawie przez to morze, przez długi czas Akademicy trzymali moje stery, które na samym środku morza stawiały opór wszystkim wiatrom. W końcu przybyłem na te ziemie. Tutaj poznałem gwiazdę, której mogłem zawierzyć. Zauważyłem bowiem często w mowach naszego biskupa, a niekiedy w dysputach z tobą, że kiedy była mowa o Bogu, nie należało łączyć tego z cielesnością, ani też w przypadku rozmów o duszy, gdyż jest to jedna z rzeczy najbliższej Bogu. Lecz muszę wyznać, że nie pomknąłem zbyt szybko na łono filozofii, powstrzymywały mnie bowiem powaby żony i zaszczyty. Gdy nasyciłem się nimi, zważywszy, że wolno było zakosztować tych niewielu szczęśliwości, wtedy dopiero na pełnych żaglach i przy pomocy wszystkich wioseł pognałem do tego schronienia i tam znalazłem wytchnienie. Nadto kiedy przeczytałem kilka ksiąg Plotyna, któremu wiem, że jesteś bardzo oddany, i kiedy porównałem z nimi, na ile zdołałem, również autorytet tych, które wykładają boskie tajemnice, zapłonąłem takim pragnieniem, że chciałem od razu zerwać wszystkie kotwice, chociaż mój niepokój budziła opinia niemałej liczby ludzi. Kiedy trwałem tak wciąż w zbytkach, cóż więc innego mi pozostało, jeśli nie pomoc udzielona mi przez burzę, którą uważa się za przeciwną. Schwycił mnie więc taki ból w piersiach, że nie mogłem już utrzymać ciężaru mego zawodu (być może zawiódłby on mnie aż do Syren). Odrzuciłem więc wszystko i przeprawiłem zniszczoną i sfatygowaną łódź do upragnionego, spokojnego miejsca.

Czego jest teraz świadomy

1.5. Widzisz już zatem, na jakiego rodzaju wodach filozofii unoszę się, jakby w jakimś porcie. Lecz ten port jest rozległy, a jego ogrom, mimo, że już nie tak pełen niebezpieczeństw, nie wyklucza jednak całkowicie błędu. I nadal nie wiem, do której części ziemi mam się zbliżyć i jak trafić do tej, która rzeczywiście jest szczęśliwa. Cóż to bowiem za niewzruszoność, skoro dotąd na pytanie o duszę waham się co odpowiedzieć i jestem niezdecydowany. Dlatego błagam cię z uwagi na twą prawość, łagodność, na nasze więzy i bliskość, byś mi podał pomocną dłoń, to znaczy, byś mnie miłował i wierzył, że miłuję cię z wzajemnością i jesteś dla mnie bliską osobą. Jeśli wyjednam to, wtedy już bardzo łatwo i bez większego wysiłku wejdę do krainy szczęśliwego życia, w której zakładam, że już przebywasz. Cóż zatem mam czynić albo jakże mam zebrać w tym porcie moich przyjaciół, byś poznał i w pełni mógł rozeznać na tej podstawie moją duszę? Nie znajduję bowiem innych znaków, które mogłyby na to wskazać… Dlatego pomyślałem o napisaniu i zadedykowaniu ci jednej z moich dysput, co zdało mi się rzeczą nabożną i godniejszą twej reputacji. Przyznasz, że to słuszne założenie. Zadaliśmy bowiem w naszym gronie pytanie o to, czym jest szczęśliwe życie i stwierdzam, że nie ma nad to niczego innego bardziej godnego miana daru Bożego. Nie straszna mi twoja sztuka wymowy (tego, co kocham, choćbym, sam nie otrzymał, nie mogę się bać), a jeszcze mniej lękam się twej wzniosłej fortuny, bo chociaż potężna, jest dla ciebie życzliwa i tych, którzy dostaną się pod jej wpływ, również czyni życzliwymi. Lecz teraz już zwróć uwagę na to, co chcę ci powiedzieć.

Rozmówcy dysputy o szczęśliwym życiu

1.6. Dzień moich urodzin przypada w Idy listopadowe; po lekkim posiłku, takim po którym nic nie trapi myśli, zaprosiłem do łaźni na rozmowę wszystkich tych, którzy nie tylko w tym dniu, ale każdego dnia jadali ze mną. Było to miejsce dyskretne i odpowiednie na tę porę roku. Przyszli tam (nie boję się wymienić z imienia tych znajomych, bo znam twoją szczególną życzliwość) przede wszystkim nasza matka, której zawdzięczam wszystko, co trzyma mnie przy życiu, Nawigiusz, mój brat, Trygecjusz i Licencjusz, rodacy i moi uczniowie. Nie chciałem, by zabrakło moich krewniaków – Lastidianusa i Rustikusa – chociaż nie mają oni żadnego doświadczenia i nie pokończyli żadnych szkół, uznałem jednak, że ich bezstronne zdanie będzie niezbędne w tym, czego się podjąłem. Był również z nami mój syn, Adeodatus, najmłodszy wiekiem, ale (jeśli nie zwodzi mnie miłość) zapowiadający się na kogoś wielkiego. Kiedy już wszyscy byli gotowi do słuchania, tak rozpocząłem.

2.7. – Czy wydaje się wam bezsporne, że jesteśmy złożeni z duszy i ciała?

Gdy wszyscy przytaknęli, Nawigiusz odpowiedział, że nie wie. Ja mu na to:

– Czy w ogóle nic nie wiesz? – powiadam – Czy do tego, czego nie wiesz, trzeba zaliczyć również tę kwestię?

– Nie sądzę – mówi – bym nic nie wiedział.

– Czy możesz nam powiedzieć coś z tego, co już poznałeś.

– Mogę – mówi.

– Jeśli to dla ciebie nie stanowi problemu – powiadam – podaj jakiś przykład.

Ponieważ zwlekał, powiedziałem:

– Czy wiesz chociaż to, że żyjesz?

– Wiem – odrzekł.

– Wobec tego wiesz, że posiadasz życie, skoro bez życia nie można żyć.

– Wiem to – powiada.

– Wiesz również, że posiadasz ciało.

Potakiwał.

– Wiesz już więc, że składasz się z ciała i życia.

– Jak dotąd mam tego świadomość, ale nie mam pewności, czy są to jedyne składniki.

– Wobec tego – mówię – nie wątpisz w istnienie obu: ciała i duszy, lecz nie jesteś pewny, czy jest coś innego, co sprawia, że człowiek jest w pełni skończoną istotą.

– Tak – powiada.

– Jeśli można – mówię – zbadamy tę kwestię innym razem. Teraz wreszcie, skoro wspólnie zgadzamy się, że człowiek nie może istnieć bez ciała i duszy, wszyscy rozważmy, dla której z tych części staramy się o pokarm.

– Dla ciała – mówi Licencjusz.

Reszta jednak zgromadzonych wahała się. Niezdecydowani prowadzili między sobą rozmowę, jak to jest, że pokarm jest konieczny dla ciała, skoro staramy się o niego, by żyć, a życie przecież wiąże się tylko z duszą. Ja na to:

– Czy zdaje się wam, że pokarm jest związany z tą częścią, która, jak widzimy, dzięki niemu rośnie i staje się mocniejsza?

Przytakiwali wszyscy, oprócz Trygeniusza. Ten bowiem mówi:

– Dlaczego więc stale nie wzrastam, jak można by wnosić z mojego łakomstwa?

– Wszystkie ciała – odpowiadam – mają ustaloną przez naturę miarę, której nie mogą przekroczyć. Ta granica byłaby jednakże mniejsza, gdyby brakło im pożywienia. Widać to na przykładzie zwierząt hodowlanych. Nie ma wątpliwości, że kiedy ograniczy się im pokarm, ciała żywych stworzeń będą chudnąć.

– Chudnąć – mówi Licencjusz – a nie maleć.

– Dla mnie to wystarczy – mówię – by dowieść tego, co chcę. Kwestią bowiem jest to, czy pokarm jest dla ciała niezbędny. A rzeczywiście jest, bo zabranie go doprowadza do chudnięcia.

Wszyscy zgodzili się, że tak jest.

2.8. A co z duszą? – mówię – Czyż nie ma ona własnego pokarmu? Nie wydaje się wam, że jej strawą jest wiedza?

– Oczywiście – mówi moja matka – jestem przekonana, że nic tak nie żywi duszy jak poznawanie rzeczy i wiedza.

Ponieważ Trygecjusz miał wątpliwości w tej sprawie, matka powiada mu:

– Czy ty sam dzisiaj nie pouczyłeś, czym i gdzie karmi się dusza? Przecież powiedziałeś, że dopiero w trakcie posiłku zauważyłeś, jakiej zastawy używamy, i chodziaż nie wiem, o czym innym wtedy rozmyślałeś, to jednak rąk i zębów nie powstrzymałeś od dalszej części posiłku. A gdzie była twoja dusza w tym czasie, gdy nie zważała na to, podczas gdy ty się posilałeś? Dlatego, wierz mi, również dusza żywi się swego rodzaju pokarmem, to znaczy troskami i własnymi rozmyślaniami, jeśli można sobie coś uświadomić za ich pośrednictwem.

Jako że w tej sprawie podniosła się wrzawa, zabrałem głos:

– Czy nie zgodzicie się, że dusze dobrze wykształconych ludzi są w swoim rodzaju o wiele pełniejsze i większe niż niewykształconych?

Orzekli, że to jasne.

– Słusznie więc mówimy, że dusze tych, którzy nie zdobyli wykształcenia w żadnej dziedzinie wiedzy i nie zdobyli żadnej dobrej umiejętności, są wyposzczone i jakby wygłodzone.

– Sądzę, że są pełne, – mówi Trygecjusz – ale wad i nikczemności.

– A ta ostatnia jest – powiadam – uwierz mi, jakąś jałowością i jakby głodem dusz. Na przykład ciało, gdy pozbawisz je pokarmu, napełnia się najczęściej niemocą i zaczyna świerzbieć. To objawy prawdziwego głodu. Tak też i ich dusze pełne są niemocy, która jest świadectwem ich wyposzczenia. Wszak przodkowie zechcieli nazwać matkę wszystkich wad nikczemnością (łac. nequitia), dlatego że jest ona w sumie działaniem próżnym (łac. nequidquam), czyli niczym. Cnota, która jest przeciwieństwem tej wady, zwie się owocnością. Skoro słowo to pochodzi od owocowania, czyli od owocu, bo przyczynia się do pewnej urodzajności dusz, to poprzednie słowo – nikczemność – wywodzi się od jałowości, czyli nicości. Nicością jest bowiem wszystko to, co się rozpływa, co się rozpada, co niszczeje i jakby zawsze skazane jest na zagładę. Dlatego też takich ludzi nazywamy straconymi. Jest jednak coś, co skoro pozostaje, skoro jest stałe i niezmienne, jest cnotą (łac. virtus oznacza także „siłę”, „moc”). Wielka i wspaniała jest ta jej część, która nazywa się umiarem i owocnością. Jeśli to zagadnienie jest jednak zbyt niejasne, byście mogli je teraz zrozumieć, z pewnością zgodzicie się z tym, że jeśli również dusze nieuczonych są pełne, to tak dla ciał, jak i dla dusz znajdą się dwa rodzaje pokarmów – jeden zdrowy i pożyteczny, drugi niezdrowy i szkodliwy.

2.9. Skoro te sprawy tak się mają, doszedłem do przekonania, że w dniu moich urodzin powinienem poczęstować nieco obfitszym pokarmem nie tylko nasze ciała, ale również i dusze (jako że wspólnie już ustaliliśmy, iż w człowieku są dwie części – ciało i dusza). Jeśli odczuwacie głód, pokażę wam ten posiłek. Gdybym bowiem próbował karmić was wbrew waszej woli i czujących już przesyt, mój trud byłby próżny. Trzeba raczej prosić, byście chętniej pragnęli tych delicji dla duszy niż dla ciała. Stanie się tak, jeśli wasze dusze będą zdrowe, chore bowiem, jak to widzimy w niedomaganiach ciała, odrzucają i zwracają pokarm.

Wszyscy już samym wzrokiem i jednym głosem potwierdzali, że chcą przyjąć i zjeść cokolwiek mam dla nich przygotowane.

2.10. Ponownie zacząłem więc mówić:

– Czy wszyscy chcemy być szczęśliwi? – pytam.

Zdążyłem to powiedź, a już zgodnie przytaknęli.

– Czy wydaje się wam – mówię – że szczęśliwym jest ten, kto nie ma tego, czego chce?

Zaprzeczyli.

– A zatem, każdy kto ma to, czego chce jest szczęśliwy?

Matka na to:

– Jeśli – mówi – chce tego co dobre i to ma, jest szczęśliwy. Jeśli jednak chciałby tego, co złe, to choćby to miał, jest nieszczęśliwy.

Uśmiechnąłem się do niej i nie posiadając się z radości mówię:

– Matko, wprost dotknęłaś samego szczytu filozofii. Pewnie brakło ci słów, by wyjaśnić to tak, jak zrobił to Tuliusz, który w ten sposób mówi o tym w dialogu „Hortensjusz”, książce o pochwale i obronie filozofii: „A oto mianowicie nie jacyś filozofowie, ale ci, którzy są skorzy do dysput mówią, że wszyscy szczęśliwi żyją tak, jak sami tego chcą. W każdym razie to fałsz. Chcieć bowiem tego, czego nie należy, samo to jest już bardzo wielkim nieszczęściem. I nie tak wielkim nieszczęściem jest nie osiągnąć tego, czego się chce, jak osiągnąć to, czego chcieć nie należy. Więcej bowiem złego przynosi nikczemna wola, niż los przynosi komukolwiek dobra” (Cyceron, Hortensjusz, 39).

Przy tych słowa matka tak wykrzykiwała, że zupełnie nie zważaliśmy na jej płeć i uwierzyliśmy, że siedzi z nami jakiś mężczyzna, kiedy ja tymczasem, na tyle, na ile potrafiłem, pojąłem z jakiego to boskiego źródła wypłynęły te słowa i jakie są.

A Licencjusz mówi:

– Lecz musisz mi powiedzieć, czego trzeba chcieć i jakich rzeczy pragnąć, by być szczęśliwym?

– Zaproś mnie – mówię – kiedy zechcesz w dzień twych urodzin, a cokolwiek zaserwujesz, chętnie zjem. Dzisiaj proszę, byś ucztował u mnie, z tym zastrzeżeniem, że nie będziesz domagał się tego, co być może nie zostało przyrządzone.

Ponieważ zawstydziło go trochę to umiarkowane i skromne napomnienie, mówię:

– Zgodziliśmy się zatem wspólnie z tym, że nikt, kto nie ma tego, co chce, nie może być szczęśliwy oraz że nie każdy kto ma to, co chce, jest szczęśliwy.

Przyznali mi rację.

2.11. – Czy następnie – mówię – zgadzacie się z tym, że każdy, kto nie jest szczęśliwy jest nieszczęśliwy.

Nie wątpili w to.

– Zatem każdy – powiadam – kto nie ma tego, czego chce, jest nieszczęśliwy.

Wszystkim wydało się to słuszne.

– Pytam więc, co człowiek powinien posiadać, by być szczęśliwym? Być może będzie to pomocne dla naszego przyjęcia, bo nie zapominajmy o łakomstwie Licencjusza. Moim zdaniem trzeba bowiem, by miał on to, co chce, wtedy kiedy chce.

Odrzekli, że to oczywiste.

– To, co jest trwałe na zawsze – mówię – musi być niezależne od losu i niepodlegające żadnej szkodzie. Nie możemy bowiem posiadać kiedy chcemy i jak długo chcemy czegoś, co jest śmiertelne i przemijające.

Wszyscy przytaknęli.

Trygecjusz jednak powiada:

– Jest przecież wielu ludzi, którzy cieszą się pomyślnością, którzy posiadają w obfitości i w bezmiarze rzeczy zniszczalne i ulegające szkodzie, a jednak przyjemne do życia i niczego im nie brak z dóbr, których chcą.

Ja mu na to:

– Czy zdaje ci się – mówię – że ten, kto się boi jest szczęśliwy?

– Nie sądzę – mówi.

– Jeśli więc może stracić to, co kocha, czy może się nie bać?

– Nie może – powiada.

– Można przecież utracić rzeczy doraźne. Każdy zatem, kto je kocha i posiada, żadną miarą nie może być szczęśliwy.

Nie sprzeciwił się. W tym miejscu jednak wtrąciła się matka:

– Chociaż byłby pewny – mówi – że nie straci tego wszystkiego, nie może się jednak tym zadowolić. I dlatego zawsze jest nieszczęśliwy, bo zawsze czegoś jeszcze potrzebuje.

Ja jej na to:

– A co – mówię – jeśli, chociaż opływa we wszystko i wszystko ma w nadmiarze, ustanowi sobie sposób korzystania z tego i będzie się tym odpowiednio i z przyjemnością cieszył? Czy nie zdaje ci się szczęśliwy?

– Nie jest szczęśliwy – mówi – dzięki dobrom materialnym, ale dzięki umiarkowaniu swej duszy.

– Wspaniale! – mówię – Nie oczekiwałem innej odpowiedzi, kiedy zadawałem ci to pytanie. Nie mamy więc wątpliwości, że jeśli ktoś postanowił być szczęśliwym, musi zgromadzić sobie to, co jest trwałe na zawsze i czego nie może odebrać mu srogi los.

– Już dawno – mówi Trygecjusz – zgodziliśmy się z tym.

– Czy Bóg – powiadam – jest według was wieczny?

– Przecież – mówi Licencjusz – to jest tak oczywiste, że nie trzeba nawet o to pytać.

A wszyscy pozostali wtórowali mu z nabożną gorliwością.

– Kto ma Boga – powiadam – ten jest szczęśliwy.

2.12. Ponieważ przyjęli to z radością i bardzo ochoczo, mówię:

– Według mnie nie musimy już niczego szukać,poza człowiekiem, który ma Boga; z pewnością ten będzie szczęśliwy. Co sądzicie o tym, którego szukam?

Wtedy Licencjusz:

– Boga ma ten, kto dobrze żyje.

Trygecjusz:

– Boga – mówi – ma ten, kto chce spełnieć to, co Bóg chce, by się działo.

Z tą opinią zgodził się Lastidianus.

Chłopiec jednak, ów najmniejszy z wszystkich mówi:

– Boga ma ten, kto nie ma nieczystego ducha (por. Mt 5,8).

A matka pochwaliła wszystkie odpowiedzi, ale najbardziej tę ostatnią.

Nawigiusz milczał. Kiedy go zapytałem, co sądzi, odpowiedział, że podoba mu się ostatnia opinia. Sądziłem, że nie można pominąć zdania Rustikusa w tej sprawie. Wydawało mi się, że milczy w tej sprawie nie dlatego, że się zastanawia, ale powstrzymuje go od tego nieśmiałość. Zgodził się on z Trygecjuszem.

2.13. Następnie mówię:

– Znam już poglądy was wszystkich na tę wielką sprawę i ani nie należy już niczego więcej szukać, ani nawet nie można znaleźć, jeśli tylko będziemy odkrywać tę rzecz bardzo jasno i klarownie, jak na początku. Ponieważ na dzisiaj jest to zbyt rozległe zagadnienie, a i dusze osiągają jakiś przesyt w pokarmach, jeśli rzucają się na nie ponad miarę i żarłocznie (później źle to trawią; dlatego trzeba mieć nie mniejszy wzgląd na dobry stan umysłu niż na sam apetyt). Jak sądzę, lepiej będzie podjąć tę kwestię jutro, kiedy znowu będziemy jej złaknieni. Chcę tylko, byście nabrali ochoty na to, co nieoczekiwanie przyszło na myśl waszemu słudze, by wam zaserwować. Jeśli się nie mylę, jest to deser, który zazwyczaj podaje się na koniec, wykonany i zaprawiony jakby miodem retoryki.

Kiedy o tym usłyszeli, wszyscy jakby sięgnęli ku zabieranej potrawie i wymusili, bym spiesznie powiedział co, to jest.

– Czy nie sądzicie – mówię – że cała ta rozprawa, którą podjęliśmy z akademikami, została zakończona?

Trzej biesiadnicy, którym rzecz ta była znana, szybko się ożywili, gdy usłyszeli nazwę „akademicy”, i, jak to się zdarza, zakasawszy rękawy pomogli usługującemu im takimi słowami, jakimi mogli, pokazując, że o niczym chętniej nie będą słuchać.

2.14. Wtedy tak wyłożyłem im tę sprawę.

– Jeśli jest oczywiste – mówię – że szczęśliwym nie jest ten, kto nie ma tego, czego chce (co nieco wcześniej wykazaliśmy w naszym rozważaniu), to nikt nie szuka tego, czego znaleźć nie może. A akademicy wciąż szukają prawdy, chcą ją znaleźć, chcą zatem posiąść dar wynajdywania prawdy, ale nie znajdują. Okazuje się więc, że nie mają tego, czego chcą, a z tego też wynika, że nie są szczęśliwi. Nie może być mędrcem nikt, kto nie jest szczęśliwy. Akademik zatem nie jest mędrcem.

Tutaj nagle ci trzej zakrzyknęli, jakby gwałtownie zabierając sobie cały deser. Ale Licencjusz, który dokładniej i przezorniej to zrozumiał, wystraszył się swojego przyzwolenia i dodał:

– Schwyciłem razem z wami ten deser, bo wykrzyknąłem poruszony tym wnioskiem, ale niczego nie przełknę, a swoją część zachowam dla Alipiusza, który razem ze mną albo go spróbuje, albo przypomni dlaczego nie należy go ruszać.

– Słodyczy – mówię –raczej powinien bać się Nawigiusz, bo mu dokucza śledziona.

On na to ze śmiechem:

– Całkowicie – mówi – uleczą mnie takie słodkości. To, co podałeś – żeby użyć stwierdzenia Cycerona o miodzie hymettejskim – nie wiem jak, ale jest mocne i ostre, ma ostrą słodycz, ale wcale nie powoduje wzdęć. Dlatego całość, chociaż trochę piecze w podniebienie, jednak na tyle, na ile będę mógł bardzo chętnie przełknę. Nie wiem bowiem, w jaki sposób mógłbym odeprzeć ten zarzut.

– Nie da się tego zrobić – mówi Trygecjusz – dlatego cieszę się, że już tak długo żyję z akademikami w nieprzyjaźni. Nie wiem bowiem, czy to za sprawą jakiejś natury, czy, bym powiedział zgodnie z prawdą, Boga, chociaż nie wiedziałem, jak można by im się przeciwstawiać, to jednak zdecydowanie się im sprzeciwiłem.

2.15. Na to mówi Licencjusz:

– Ja jeszcze ich nie porzucam.

– Nie zgadzasz się więc z nami – mówi Trygecjusz.

– A może – powiada ów – to wy nie zgadzacie się z Alpicjuszem?

Ja mu na to:

– Nie mam wątpliwości – mówię – że gdyby był tu Alpicjusz, uznałby ten drobny dowód. Nie mógłby przecież myśleć tak nierozważnie, by uznać za szczęśliwego człowieka nie mającego tego wielkiego dobra duchowego, które tak gorąco pragnie posiadać; albo że akademicy nie chcą odnaleźć prawdy; albo że ten, kto nie jest szczęśliwy nie jest mędrcem. Właśnie z tych trzech składników jak z miodu, mąki i orzechów, sporządzono to, czego boisz się skosztować.

– Czy on uległby tej małej dziecinnej pokusie? Czy dla niej porzuciłby akademicką obfitość, która to twoje danie pochłonęłaby jak fala i zniszczyła?

– Ale nie roztrząsajmy – mówię – tego zbyt długo, zwłaszcza tego, co jest przeciw Alpicjuszowi. On sam bowiem ze swoim ciałem jest dla siebie wystarczającym dowodem, że to, co jest małe może mieć siłę i przydatność. Ty jednak wybrałeś poleganie na autorytecie nieobecnego. Czy jest coś, z czym się nie zgadzasz? Czy nie jest prawdą, że nie jest szczęśliwy ten, kto nie ma tego, co chce? Czy zaprzeczysz, że akademicy chcą mieć prawdę, chcą ją znaleść, skoro jej z takim zapałem szukają? Czy zdaje ci się, że jakiś mędrzec może być nieszczęśliwy?

– Właśnie szczęśliwy jest – mówi, jakby z irytacją w uśmiechu – ten, kto nie ma tego, czego chce.

Kiedy nakazałem to zapisać, z krzykiem woła:

– Nic takiego nie powiedziałem!

Gdy ponownie potwierdziłem, by to zapisać:

– Powiedziałem – mówi.

A ja raz tylko rozporządziłem, by nie uronić żadnego słowa, nawet litery. W ten sposób trzymałem spłoszonego młodzieńca między niepewnością a stałością przekonań.

2.16. Kiedy tak żartowaliśmy sobie z niego takimi słowami, jakbyśmy zachęcali go do skosztowania jego cząstki deseru, zauważyliśmy, że pozostali uczestnicy bez śmiechu spoglądają na nas i nie wiedzą o co chodzi, a chcieliby rozumieć dlaczego tak nam wesoło. Wydali mi się oni zupełnie podobni do gości, których powstrzymuje od łapczywości albo powaga, albo poczucie wstydu, gdy przyjdzie im ucztować wśród żarłoków i łasuchów, jak to się zazwyczaj często zdarza. Ponieważ to ja ich zaprosiłem, a ty nauczyłeś mnie, żeby gospodarz, również na takich ucztach, podejmował się roli jakiegoś wielkiego człowieka – że tak powiem – prawdziwego człowieka, poruszyła mnie ta nierówność i sprzeczność naszego towarzystwa. Uśmiechnąłem się do matki. Ona bardzo szczerze nakazała, bym wyciągnął, jakby ze swej spiżarni, to, co mam dla tych, którzy mniej pojmują:

– Teraz powiedz nam – mówi – i objaśnij, kim są ci akademicy i czego chcą?

Wyłożyłem jej to krótko i prosto, tak by nikt z nich nie odszedł w niewiedzy.

– Ci ludzie – mówi ona – chorują na padaczkę (łac. caducarii – dosł. ‘upadający’). Tak pospolicie zwie się u nas epilepsja, która powala ludzi na ziemię.

Zaraz też podniosła się z miejsca, by odejść. A wtedy, kiedy już zakończyłem dygresję, rozeszliśmy się wszyscy weseli i ze śmiechem.

3.17. Następnego dnia, w podobny sposób po śniadaniu, lecz tym razem później niż wczoraj, zebraliśmy się tam gdzie poprzednio.

– Późno – mówię – przyszliście na ucztę. Nie sądzę, by dopadła was niestrawność, ale raczej spokój o małą ilość dań. Wydaje się, że nie musieliście wcześniej przychodzić uznając, że szybko zjecie, to co będzie podane. Nie należy bowiem przypuszczać, by wiele pozostało z wczoraj, skoro nawet w tym uroczystym dniu urodzin tak niewiele dań podano. Być może słusznie. Lecz nawet ja nie wiem, co dla was przygotowano. Ktoś inny bowiem nie zaprzestaje zapewniać wszystkim, a szczególnie teraz, wszelkiego pożywienia (lecz my najczęściej rezygnujemy z jedzenia albo z powodu słabości albo przesytu albo zajęcia). Jeśli się nie mylę, zgodziliśmy się wczoraj nabożnie i jednogłośnie, że Ten, który pozostaje w ludziach, czyni ich szczęśliwymi. Skoro rozumowanie dowiodło, że szczęśliwym jest ten, kto ma Boga, a nikt z was temu nie zaprzeczył, pozostaje jeszcze jedna kwestia, kto, według was, ma Boga. Jeśli mnie pamięć nie myli pojawiły się trzy zdania. Część bowiem ustaliła, że Boga ma ten, kto czyni to, co Bóg chce. Inni jednak powiedzieli, że ten ma Boga, kto dobrze żyje. Wedle pozostałych Bóg jest w tych, w których nie ma ducha zwanego nieczystym.

3.18. Być może jednak wszyscy pod tymi różnymi słowami odczuwają jedno i to samo. Jeśli bowiem rozważymy dwa pierwsze zdania, że każdy, kto dobrze żyje, czyni to, czego chce Bóg oraz że każdy kto czyni to, czego chce Bóg, żyje dobrze, to przecież niczym innym niż czynieniem tego, co się Bogu podoba jest dobre życie. Chyba że inaczej myślicie o tym zagadnieniu?

Zgodzili się ze mną.

– Ale trzecie zdanie trzeba rozważyć nieco dokładniej, dlatego, że w świętym obrządku kościoła, o ile wiem, zazwyczaj dwojako używa się nazwy „nieczysty duch”. Albo mówi się, że z zewnątrz opanowuje duszę, mąci zmysły i doprowadza ludzi do jakiegoś szaleństwa, a ci, którzy starają się go wypędzić nakładają rękę lub egzorcyzmują, czyli wypędzają go przez zaklinanie Bożym imieniem. Z drugiej jednak strony o każdą w ogóle nieczystą duszę nazywa się „nieczystym duchem”. Dlatego pytam cię, chłopcze, który prawdopodobnie przytoczyłeś to zdanie ze spokojem i czystością ducha, kto wedle ciebie nie ma nieczystego ducha. Czy ten, kto nie ma demona, przez którego ludzie zazwyczaj stają się szaleńcami, czy ów, kto już oczyścił swą duszę z wszelkich wad i błędów?

– Zdaje mi się – mówi – że ten nie ma nieczystego ducha, kto żyje wstrzemięźliwie.

– A kogo – pytam – nazywasz wstrzemięźliwym? Czy tego, kto niczym nie grzeszy, czy tylko tego, kto powstrzymuje się od niegodziwego stosunku?

– Jak może być czysty – mówi – jeśli tylko powstrzymuje się od niegodziwego stosunku, a wciąż bruka się pozostałymi grzechami? Ten jest prawdziwie czysty, kto jest obecny przy Bogu i Jego tylko się trzyma.

Tak mi się spodobały te słowa chłopca, że tak jak zostały powiedziane, tak nakazałem je spisać.

– Zatem – powiadam – trzeba, by ktoś taki dobrze żył, a ten, kto dobrze żyje z konieczności jest taki. Chyba że sądzisz inaczej?

Zgodził się z pozostałymi.

Jedno tu zatem – mówię – wypowiedziano zdanie.

3.19. – Chciałbym się jeszcze dowiedzieć od was, czy Bóg chce, aby człowiek Go szukał?

Przytaknęli.

Pytam znowu:

– Czy możemy więc powiedzieć, że źle żyje ten, kto szuka Boga?

– Wcale – powiedzieli.

– Odpowiedzcie mi również na trzecie pytanie, czy nieczysty duch może szukać Boga?

Zaprzeczyli, chociaż Nawigiusz w czymś się wahał, ale i on ustąpił później przed zdaniem pozostałych.

– Jeśli więc – mówi – ten, kto szuka Boga, czyni to, czego chce Bóg, to znaczy, że dobrze żyje i nie ma nieczystego ducha. Kto jednak szuka Boga jeszcze Go nie ma. Nie należy zatem twierdzić, że już ma Boga ktoś, kto dobrze żyje, czyni to, czego chce Bóg, i nie ma nieczystego ducha.

3.20. Na to pozostali śmiali się z siebie, że nie zwrócili uwagi na taki sposób rozumowania. Matka – jako że pogubiła się już w tym – poprosiła, bym jej wyjaśnił i rozwiązał tak skomplikowane wnioskowanie. Kiedy już to zrobiłem, mówi:

– Ale nikt nie może dotrzeć do Boga, jeśli Go nie szuka.

– Wspaniale – mówię – Jednak kto nadal szuka Boga, jeszcze do Boga nie dotarł, chociaż już dobrze żyje. Nie każdy jednak, kto dobrze żyje, ma Boga.

Zdaje mi się – mówi matka – że każdy ma Boga, lecz ten, kto dobrze żyje ma Boga łaskawego, kto źle żyje – Boga groźnego.

– Wczorajszego więc dnia – mówię – źle uzgodniliśmy, że ten jest szczęśliwy, kto ma Boga, skoro każdy człowiek ma Boga, ale nie każdy człowiek jest szczęśliwy.

– Dodaj jednak – mówi matka – „łaskawego Boga”.

– Czy wreszcie – mówię – uzgodniliśmy to między sobą, że szczęśliwym jest ten, kto ma łaskawego Boga?

– Chciałbym się zgodzić – mówi Nawigiusz – ale obawiam się stwierdzenia, że szczęśliwym jest ten, kto jeszcze szuka, zwłaszcza, żebyś nie musiał w konsekwencji powiedzieć, że szczęśliwy jest akademik, który we wczorajszej rozmowie został nazwany, w pospolitej wprawdzie i złej łacinie, lecz jak mi się zdaje, bardzo odpowiednim słowem caducarius. Nie mogę bowiem powiedzieć, że Bóg jest nieprzyjazny dla człowieka, który Go szuka. Nie godzi się tak mówić. Bóg będzie dla niego łaskawy, a dla kogo Bóg jest łaskawy, ten jest szczęśliwy. Zatem ten, kto szuka, jest szczęśliwy, ale każdy, kto szuka, nie ma jeszcze tego, czego pragnie. To wydało się nam jednak wczoraj niedorzeczne i dlatego uznaliśmy, że zawiłości akademików zostały obalone. Dlatego teraz Licencjusz zatriumfuje nade mną i napomni, jak przystało na mądrego lekarza, że te słodkości, którymi nierozumnie się poczęstowałem na przekór memu zdrowiu, będą dla mnie karą.

3.21. W tym miejscu, ponieważ nawet matka się roześmiała, Trygecjusz mówi:

– Ja nie zgadzam się od początku, że Bóg jest przeciwny temu, kto nie ma Boga łaskawego, lecz sądzę, że taki człowiek zajmuje jakieś miejsce pośrednie.

Ja mówię mu na to:

– Uważasz, że w jakiś jednak sposób ma Boga, człowiek w takim miejscu pośrednim, w którym Bóg nie jest dla niego ani łaskawy ani groźny?

Tutaj, gdy Trygecjusz zawahał się.

– Czym innym jest – mówi matka – mieć Boga, czym innym nie być bez Boga.

– Co jest zatem lepsze – mówię – czy mieć Boga, czy być bez Boga?

– Na ile – mówi matka – mogę to zrozumieć, takie jest moje zdanie: kto dobrze żyje ma Boga, ale Boga łaskawego; kto natomiast żyje źle ma Boga, ale Boga groźnego. Ten jednak, kto dotąd szuka, a jeszcze nie znalazł, nie ma Boga ani łaskawego, ani groźnego, ale nie jest bez Boga.

– Czy i wy – mówię – zgadzacie się z tym?

Powiedzieli, że się zgadzają.

– Powiedzcie mi, proszę – mówię – czy nie wydaje się wam, że Bóg jest łaskawy dla człowieka, któremu sprzyja?

Są co do tego pewni.

– Czy więc Bóg – mówię – nie sprzyja człowiekowi, który Go szuka?

Odpowiedzieli, że sprzyja.

– Boga łaskawego – mówię – ma zatem ten, kto Go szuka, a każdy kto ma Boga łaskawego jest szczęśliwy. Szczęśliwy jest więc także ten, kto szuka. Kto jednak szuka, jeszcze nie ma tego, czego chce. Będzie więc szczęśliwym ten, kto nie ma tego, czego chce…

– Wcale nie wydaje mi się – mówi matka – by szczęśliwym był ktoś, kto nie ma tego, czego chce.

– A zatem – mówię – nie każdy, kto ma Boga łaskawego, jest szczęśliwy.

– Jeśli to wynika z rozumowania – mówi – nie mogę zaprzeczyć.

– Taki więc – mówię – będzie podział, że każdy, kto już znalazł Boga, ma Boga przychylnego i jest szczęśliwy. Każdy jednak kto szuka Boga, ma Boga łaskawego, ale jeszcze nie jest szczęśliwy. A każdy, kto oddziela się od Boga przez błędy i grzechy, nie tylko nie jest szczęśliwy, ale jego życie nie jest nawet złączone z łaskawym Bogiem.

3.22

Ponieważ wszystkim się to spodobało, mówię:

– To dobrze, lecz dotąd obawiam się, czy nie niepokoi was to, z czym już wcześniej się zgodziliśmy, że każdy, kto nie jest szczęśliwy, jest nieszczęśliwy. Wniosek z tego taki, że nieszczęśliwym będzie każdy człowiek, który ma Boga będącego łaskawym, ale tego Boga – jak powiedzieliśmy – wciąż szuka i dlatego nie jest szczęśliwy. Czy rzeczywiście – jak powiada Tulliusz – bogatymi nazywamy panów wielu posiadłości ziemskich, a biednymi posiadaczy wszelkich cnót? (Cic. Hort. 104). Lecz rozstrzygnijcie, które z tych twierdzeń jest prawdą, czy to, że każdy kto jest biedny, jest nieszczęśliwy, czy też jest prawdą, że każdy nieszczęśliwy jest biednym. Wedle tego prawdziwa będzie teza, że nieszczęście to nic innego jak bieda. Zauważyliście, że przychyliłem się do tego zdania. Na dzisiaj to jednak zbyt długie rozważanie do rozstrzygnięcia, dlatego proszę was, przyjdźcie również jutro, jeśli nie majcie jeszcze obrzydzenia do tego jedzenia.

Ponieważ wszyscy bardzo chętnie przystali na to, rozeszliśmy się.

4.23. Poranek trzeciego dnia naszej dysputy przegonił chmury, które nas zagnały do łaźni, i po południu niebo było już bezchmurne. Zdecydowaliśmy się więc wyjść na znajdującą się nieopodal łączkę. Kiedy wszyscy rozsiedliśmy się, gdzie komu było wygodnie, dalsza część rozmowy potoczyła się tak:

– Już wiem i pamiętam prawie wszystko – mówię – czego chciałem się od was dowiedzieć, zadając wam pytania. Dlatego dzisiaj, kiedy możemy wreszcie tę naszą ucztę urozmaicić jakąś przerwą, myślę, że nie będę miał do was żadnych pytań albo tylko kilka. Matka powiedziała, że nieszczęście jest tym samym, co bieda i zgodziliśmy się z tym, że ci, którzy są biedni są nieszczęśliwi. Czy jednak wszyscy nieszczęśliwi są biedni? To już kwestia, której wczoraj nie mogliśmy wyjaśnić. Jeśli rozumowanie wykaże, że ta sprawa tak się przedstawia, wreszcie zakończymy poszukiwanie, kto jest szczęśliwy. Będzie nim ten, kto nie jest biedny. Każdy bowiem kto nie jest nieszczęśliwy, jest szczęśliwy. Każdy więc, kto nie cierpi biedy, jest szczęśliwy, jeśli prawdą jest to, co powiedzieliśmy, że bieda jest tym samym co nieszczęście.

Augustyn, O szczęśliwym życiu

Tłum. M.Cyrulski

Wstęp do pisma „O szczęśliwym życiu”

Wpłacając 30 PLN na rozwój portalu możesz zasponsorować kolejną stronę przekładu:

Jedna strona dla Patres.plO projekcie „strona sponsorowana”

Dodaj Komentarz

Kolejna multimedialna publikacja patrystyczna

Kinoteka Patrystyczna

Myśl Ojców na dziś

Nasz Zbawca, gdy stał się dla nas człowiekiem, z jednej strony wydał za nas na śmierć swoje własne ciało, aby wszystkich wybawić od śmierci, a z drugiej – chcąc ukazać nam swój własny, niebiański i doskonały sposób postępowania – wyraził go w sobie samym, aby już nikt nie był łatwo zwodzony przez nieprzyjaciela, skoro posiada gwarancję stałości: zwycięstwo nad diabłem odniesione przez Niego za nas. Dlatego więc nie tylko nauczał, lecz i uczynił to, czego nauczał, aby każdy – słysząc słowa: „Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca” – zarówno słuchał Go, gdy przemawia, jak i brał z Niego przykład, wpatrując się w Niego niczym w obraz.
Atanazy Wielki, List do Marcelina, 13, IV wiek po Chr.

Słowniczek

Ojcowie Kościoła (łac.) – pisarze i teologowie we wczesnym chrześcijaństwie, w epoce bezpośrednio po czasach apostolskich, których datą graniczną jest śmierć ostatniego Apostoła. Pierwszymi Ojcami Kościoła byli Ojcowie Apostolscy (Patres apostolici), nazwani tak ze względu na to, iż uczestniczyli jeszcze w Kościele, któremu przewodzili Apostołowie lub pisali pod bezpośrednim wpływem życia Kościoła czasów apostolskich. Okres ojców trwał aż do VIII wieku. Doktryna starożytnych i wczesnośredniowiecznych ojców Kościoła, a także dział teologii zajmujący się ich nauczaniem, nazywa się patrystyką.

Patrystyka (łac. patristica, od (łac.) patres, gr. πατήρ) – nauka zajmująca się twórczością i życiem Ojców Kościoła i pisarzy starochrześcijańskich oraz epoką, w której żyli. Patrystyka może być działem historii albo teologii. Jako nauka teologiczna jest ściśle powiązana z dogmatyką (a konkretnie z historią dogmatów).

Patrologia (gr. patres + logos) – nauka Ojców Kościoła, działających w pięciu pierwszych wiekach. Obejmuje dwa wielkie obszary zagadnień, którymi zajmowali się Ojcowie: o Bogu i o człowieku.